Można banalnie stwierdzić, że tłumaczem się jest, a nie bywa, i że praca towarzyszy nam zawsze, nawet podczas wakacji. Zwłaszcza, jeśli spędza się je w kraju, gdzie głównym językiem jest ten, z którego tłumacz tłumaczy.
Czyli mówiąc wprost – pojechałam do Francji 😊
Artykuł 14 Ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego mówi, że tłumacz przysięgły zobowiązany jest do doskonalenia kwalifikacji zawodowych. Są kraje, jak np. Francja, gdzie tłumacze muszą co rok udowodnić, że odbyli wymaganą liczbę godzin szkoleń. W Polsce na zapisie ustawy obowiązek się kończy.
Podstawowym narzędziem tłumacza jest znajomość języka, a każdy język żywy się zmienia. Niektóre słowa wypadają z obiegu, pojawiają się nowe. Zmienia się też gramatyka. Kontakt z językiem jest zatem niezwykle ważny dla tłumacza.
Wakacje to czas relaksu, zatem ta nauka językowych nowinek nie odbywa się w sali lekcyjnej, a podczas naturalnych kontaktów. Przyjemniej, autentyczniej. Ale tłumacze są dociekliwi, szukają dziury w całym. I tak, nawet podczas wypoczynku, ciągle sprawdzam napotkane nowe słowa, doszukuję się nowych znaczeń itp.
Kolejny raz przekonuję się, ile tzw. rejestrów i specjalizacji ma każdy język. Na co dzień tłumaczę dokumenty urzędowe czy sądowe, spotkania biznesowe czy u notariuszy. Tak więc, gdy trafiam na rozmowę kilkulatków to wymiękam 😊Albo gdy przewodnik mówi z regionalnym akcentem…
Region, w którym przebywaliśmy, obfituje w winnice, zatem nie udało się uciec od tej tematyki. Zwiedziliśmy kilka winnic, spędziliśmy trochę czasu na rozmowach z winiarzami, zwiedziliśmy jedno winiarskie muzeum. Powoli dziedzina ta staje się dla mnie coraz bardziej znana, mam też pierwsze „winne” tłumaczenia na koncie. Niemniej, jeszcze wiele do nauki przede mną.
Z wakacji wracam pełna wrażeń, ale też chwilowych zwątpień – jeszcze tyle słów do nauki! Ale może właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Nauka języka to nieustająca przygoda. Czasem wystarczy znajomość kilku słów, a czasem znajomość tysięcy nie oddadzą tego, co ktoś chciał przekazać.
Ech, a teraz czas wracać do pracy. Od jutra potężne zlecenie, sądowo-policyjne. Czyli coś, co lubię najbardziej.
Tłumacz towarzyszy swoim klientom na każdym etapie ich życia. Tłumaczymy akty urodzenia, ale też i akty zgonu. Dziś o tłumaczeniach ze śmiercią w tle.
Wszystkie moje najtrudniejsze emocjonalnie tłumaczenia związane były ze śmiercią moich klientów lub ich bliskich. Wiele razy tłumaczyłam akty zgonu, dokumenty niezbędne do przewiezienia zwłok czy uregulowania spraw spadkowych. To tylko dokumenty, niby nic, ale jednak.
Pewnego dnia do mojej kancelarii przyszła młoda kobieta z plikiem dokumentów związanych ze śmiercią jej męża. Od zgonu minęło kilka miesięcy, najcięższe emocje nieco przygasły. Przychodziła kilka razy aż pewnego dnia przyniosła teczkę, w której miały być jeszcze jakieś dokumenty i… zdjęcia z miejsca wypadku. Nie była w stanie sama ich otworzyć. Ponoć były opisane przez policję, która te zdjęcia wykonała. Zapytała, czy byłabym w stanie otworzyć tę kopertę, przejrzeć zdjęcia i przetłumaczyć opisy, gdyż szukała pewnej konkretnej informacji. Dała mi czas. Otworzyłam, przejrzałam, przetłumaczyłam.
Przez kilka lat tłumaczyłam przebieg rozprawy o nieumyślne spowodowanie śmieci nastolatka. Przygotowując się do rozprawy poszłam do sądu przejrzeć akta. Często tak robię. I w którym momencie zobaczyłam zdjęcia z prosektorium. Mój syn miał wtedy tyle samo lat… Tłumaczyłam zeznania ojca, który opowiadał o swoich przeżyciach po śmierci dziecka, o tym, jakie miał plany i marzenia. Do dziś nie wiem, jak ja to emocjonalnie udźwignęłam.
Najtrudniejsza sytuacja miała jednak miejsce, gdy musiałam komuś, kogo dobrze znałam przekazać, że lekarzom nie udało się uratować jego małżonki. „Wisiałam” na telefonie podczas całej akcji ratunkowej. Byłam w szpitalu podczas załatwiania formalności, w sanepidzie, w zakładzie pogrzebowym… Znałam tę panią. Ledwie kilka dni wcześniej pomagałam jej kupować prezenty dla wnucząt, żartowałyśmy z jej męża – mojego wieloletniego klienta. A potem z oszalałym z bólu mężem wybierałam dla niej trumnę.
W pracy nie możemy sobie pozwolić na okazywanie emocji. Często powtarzam sobie, że mnie tam nie ma, jest tylko mój głos. Ale gdy wracam do domu, mam ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie tych wszystkich nagromadzonych emocji. Mój sposób to samotne bieganie po lesie. Zdarza się, że płaczę, głośno, ale wiem, że nikt mnie nie słyszy i że tak jest dobrze. Wracam do domu uspokojona.
Ile procent polskich uczniów uczy się języka francuskiego? Około 3.
Jak nazywała się główna nagroda na Festiwalu Piosenki Radzieckiej? Złoty samowar.
Jak nazywa się młode lubuskie wino? Łazole.
To tylko część wiedzy, która była mi potrzeba podczas ostatniego tłumaczenia.
Kilka dni temu miałam okazję towarzyszyć delegacji z francuskiego departamentu le Lot przebywającej w województwie lubuskim z okazji 31-lecia współpracy między tymi regionami. Ponieważ było to jednocześnie zaległe świętowanie 30-lecia współpracy, wizytę uświetnił swoją obecnością pan ambasador Francji w Polsce Frédéric Bullet.
Przed tłumaczeniem otrzymałam podsumowanie współpracy, listę uczestników z krótkimi życiorysami oraz plan wizyty. I to był najważniejszy dla mnie dokument.
Widniały w nim 2 punkty, które mogły stanowić pewne wyzwanie i wcale nie chodziło o konferencję prasową na żywo. Były to wizyta w Muzeum Ziemi Lubuskiej oraz w Geoparku Łuk Mużakowa. Historię Zielonej Góry znam dość dobrze, ale muzeum zostało rozbudowane i wzbogacone o nowe kolekcje, których nie miałam jeszcze okazji zwiedzić. A geopark to – nom omen – kopalnia nieznanych mi słówek z zakresu przyrody, geologii, chemii, przemysłu wydobywczego i sama nie wiem, czego jeszcze.
Widok na największe jeziorko zwane Afryką. Zdjęcie ze strony RDLP w Zielonej Górze
Jeśli myślicie, że wystarczy wykuć wszystko na przysłowiową blachę i być spokojnym to jesteście w ogromnym błędzie.
Bo tłumacz musi interesować się wszystkim, a znać się prawie na wszystkim.
Jakie więc tematy spoza agendy zostały poruszone podczas spotkania?
Już pierwsze chwile spotkania władz województwa z ambasadorem były wyzwaniem, bo okazało się, że u pani marszałek gości nowy dyrektor Filharmonii Zielonogórskiej, pan Rafał Kłoczko. Miał on pewną prośbę do pana ambasadora i… nagle okazało się, że przydaje mi się wiedza o tym, że polska dyrygentka Marta Gardolińska została dyrektorką muzyczną Opéra national de Lorraine w Nancy oraz fakt, że 2 dni wcześniej byłam na koncercie inaugurującym nowy sezon artystyczny w zielonogórskiej filharmonii pod batutą pana Kłoczko właśnie. Marzec w FZ będzie poświęcony kobietom, a jedną z dyrygentek będzie właśnie pani Gardolińska. Pan ambasador zaś został poproszony o honorowy patronat.
Potem była jazda bez trzymanki. I tak: technologie kosmiczne, pomiar odległości przez satelity, zawody żużlowe, odnawialne źródła energii, stan nauczania języka francuskiego, organy władzy komunistycznej, szaleńcze życie założyciela parku Hermanna Ludwiga Heinricha von Pückler-Muskau, sztuka nowoczesna, historia rodu de Talleyrand, winnice lubuskie, ich problemy, wyzwania i pomysły. Jednym z nich jest święto młodego wina, coś na kształt francuskiego święta Beaujolais Nouveau. W Lubuskiem mamy Łazole, od miejscowości Łaz, w której mieści się kilka winnic.
Zdarzało się, że nie znałam niektórych słów, ale zawsze umiałam je opisać. Wszystkie wynotowałam i sprawdziłam po powrocie do domu. Dwa z nich szczególnie utkwiły mi w pamięci – honorowy patron i tabakiera. Ciekawe, czy kiedyś będę mieć okazję je wykorzystać podczas tłumaczenia.
Kilka dni temu na profilu „Krosno Odrzańskie oraz okolice dawniej” zobaczyłam zdjęcie koperty i kawałka listu francuskiego żołnierza uwięzionego w obozie w obecnym Krośnie Odrzańskim. List należy do Pawła Widczaka. Widoczny kawałek listu zawierał datę: 2.10.16 oraz nagłówek: „Kochani bracia i siostry”. List napisany ołówkiem, starannym pismem.
W komentarzach pojawiły się zapytania o tłumaczenie. Zgłosiłam chęć pomocy, ale otrzymałam wiadomość, że list jest w tłumaczeniu.
Minęło kilka dni, prośby o tłumaczenie zaczęły się nasilać i w końcu autor postu zapytał, czy zajęłabym się tym. Odpisałam niezwłocznie, że oczywiście!
Rzeczą niezwykłą byłoby wziąć taki list sprzed ponad 100 lat do ręki, ale nawet zdjęcie było czymś niesamowitym.
Zaczęłam od rozszyfrowania treści na kopercie. List został wysłany 13 października 1916 roku. Adresatką była „Madame Dcharveng Millet”, czyli pani Dcharveng Millet, choć tego pierwszego członu nie jestem pewna. Jeszcze będę nad tym myśleć. Dalej jest adres, który zaczyna się od numeru domu, bo tak adresują Francuzi. Numer kończy się cyfrą „6”, szkoda, że nie umiem odszyfrować całości, ale ulica, choć zapisana z małym błędem, udało mi się bez problemów zlokalizować: Boulevard de Créteil, a miejscowość (też zapisana z błędem) to „St Maur les (powinno być des) fossés”. To miejscowość przylegająca do północno-wschodniej części Paryża, sami możecie poszukać na mapie. Reszta, czyli Seine, to nazwa departamentu (taki francuski powiat) i France – Francja, czyli kraj.
A potem zaczęłam czytać.
Wyobrażałam sobie, kim mógł być piszący, jego rodzina. Ile miał lat? Czy wrócił do bliskich? Zastanawiałam się, jak zareagowali na ten list. Ucieszyli się, czy może przysporzył im trosk? Jak długo szedł, czy w ogóle doszedł do adresatki?
Z wyjątkiem jednego wyrazu, treść udało mi się odczytać bez problemu. Skopiowałam fragment z nieznanym mi wyrazem i poprosiłam innych tłumaczy języka francuskiego o pomoc. Dawid był szybki, jego zdaniem ten wyraz to „Arago”. Sprawdziłam. W północno-wschodniej części Paryża jest szkoła o takiej nazwie. Została założona w 1880 roku, więc mały Louis mógł w 1916 do niej uczęszczać.
Autor ma piękne, staranne pismo. Posługuje się wyszukanym słownictwem. Z pewnością był kimś wykształconym. Jedyne błędy, jakie zrobił, są w adresie! Za to nie darzy sympatią przecinków ani kropek. Zdanie o Luisie i szkole chyba powinno być pytaniem… Nie wiem, nie chcę sama interpretować.
Dwa słowa sprawiły mi problem. Pierwsze z nich to „dépôt”. Może ono oznaczać skład, magazyn, rezerwę. Ale w zdaniu „Quant à Georges je crois qu’il est toujours à son dépôt » żadne z tych znaczeń nie pasuje. Szukałam dalej. Gdzieś tam znalazłam, że „dépôt de la préfecture de police” to areszt, tymczasowe więzienie. Mamy też „troupes de dépôt”, czyli wojska rezerwowe. W pierwszym odruchu chciałam przetłumaczyć, że Georges jest w areszcie, ale może nadal jest w jednostce? Tu też jeszcze będę myśleć.
A drugie słowo to „nièce”. Mówiąc ogólnie oznacza to córkę mojego brata albo siostry, czyli bratanicę albo siostrzenicę. Ale w tym liście nie ma żadnych innych wskazówek, które z tych znaczeń jest właściwe… François miał i braci i siostry.
Cały tekst po francusku:
Crosses a Oder, 2.10.16
Chers frères et sœurs
J’ai donné déjà ma nouvelle adres chez Charles ; j’espère qu’ils l’ont reçue. J’ai laissé Albert à Friedrichsfeld, quoique un peu long le voyage a été assez bien je crains que l’hiver ne soit trop précoce, le pays étant montagneux, il fait déjà froid. Avez-vous toujours des nouvelles de Daniel. Quant à Georges je crois qu’il est toujours à son dépôt ; faites lui des compliments ainsi qu’à la nouvelle nièce. Et le petit Louis va-t-il à l’école Arago . J’ai reçu votre dernier colis avant de partir, les nouilles sont très bonnes. Donnez-moi les nouvelles que vous connaissez. Le bonjour à tous les frères et sœurs embrassez les enfants pour moi ainsi que la petite Jeanne si elle va vous voir. Je termine en vous embrassant tous votre frère pour la vie.
François Millet prisonnier de guerre au camp de Crossen a Oder, no 816 T ( ?)
Allemagne
I moje tłumaczenie:
„Kochani bracia i siostry,
Już dałem mój nowy adres Charlesowi, mam nadzieję, że go otrzymali. Zostawiłem Alberta w Friedrichsfeld. Podróż, choć nieco długa, przebiegła dość dobrze. Boję się, żeby zima nie przyszła zbyt szybko. Kraj jest górzysty i już jest zimo. Macie wiadomości od Daniela? Co do Georges’a, sądzę, że wciąż jest w swojej jednostce; pogratulujcie mu jak i nowej siostrzenicy / bratanicy. A mały Louis chodzi do szkoły Arago. Przed wyjazdem otrzymałem Waszą ostatnią paczkę, kluski są bardzo dobre. Napiszcie mi o wieściach, które macie. Pozdrowienia dla wszystkich braci i sióstr, uściskajcie dzieci ode mnie jak mi małą Jeanne jeśli przyjdzie zobaczyć się z wami. Kończę ściskając Was, wasz brat na zawsze
François Millet, więzień wojenny w obozie w Crossen a Oder, nr 816 T (?)
Niemcy”
150 wyrazów, a tyle emocji…
Bardzo się cieszę, że mogłam przetłumaczyć ten tekst!
Nie jest żadną tajemnicą, że lubię wina, zwłaszcza wina z lubuskich winnic. W zasadzie nie wzięło się to z lokalnego patriotyzmu, a z… pracy, dlatego piszę o tym tutaj. Kilkakrotnie miałam okazję tłumaczyć spotkanie miast zaprzyjaźnionych z Zieloną Górą, wśród których jest Troyes, stolica Szampanii. To właśnie za przyczyną dwóch pań z tamtejszego Urzędu Miasta, wiele lat temu, uczyłam się smakować wino. To one jako pierwsze zachwycały się białym winem z winnicy Stara Winna Góra. Na ucho zdradziły wtedy, że czerwone pozostawia jeszcze trochę do życzenia, ale że winiarz jest na dobrej drodze.
Potem były inne spotkania, podczas których moi klienci wręczali swoim francuskim partnerom to, co wyróżnia nasz region. I znów rozmowy i degustacje.
A potem sama zamieszkałam na obrzeżach miasta, rzut beretem od winnic. Odwiedzających mnie gości z Francji zapraszałam głównie do winnicy Julia, która znajduje się najbliżej mojego domu.
Od zawsze też ciekawią mnie stare budynki, kiedyś nawet chciałam być architektem. Uwielbiam podziwiać ciekawe rozwiązania, zdobienia drzwi czy okien, wyłapywać błędy albo celowe odstępstwa od wzoru.
Za 100 zł otrzymywało się zawieszaną na szyi torebkę z kieliszkiem, mapę miasta z zaznaczonymi winnicami i ich opisem oraz miejscem na pieczątki od winnic. W pakiecie był także karnet 20 serduszek, które wręczało się winiarzom w zamian za kieliszek wina (40 ml).
Przez 2 popołudnia odwiedziłam z mężem łącznie 14 piwnic. Podziwiałam te, zrekonstruowane już wcześniej i chyliłam czoła przed tymi winiarzami, którzy włożyli ogrom pracy, aby uporządkować miejsce na przyjęcie gości. Spróbowałam łącznie ok. 30 win. Kupiłam 9 butelek. Tylko, bo więcej nie daliśmy rady udźwignąć w plecaku. Spotkałam fantastycznych ludzi, którzy słuchali z zainteresowaniem uwag winnego amatora, za jakiego się uważam. Z paroma osobami odbyłam „bitwę” na słowa, a właściwie wymowę francuskich nazw szczepów. Wyszło na to, że oni znają się na winach, ja – na języku francuskim 🙂
Świadomie nie próbowałam win z winnic, które dobrze znam i których wina często goszczą u mnie na stole, np. z Winnica Julia czy win, które aktualnie mam w domu, jak wino różowe z winnicy Łukasz. Żałuję, że nie dotarłam do Winnica Gostchorze, którą podziwiam i których wino ogromnie cenię. Ich ulotka po polsku jest moim dziełem. Je viendrai vous voir chez vous, Guillaume 🙂
Wielkie słowa uznania dla organizatorów, szczególnie dla Mariusza Grabowego z Lubuskie Love. Winiarze przyznawali, że było mało czasu, żeby to wszystko spiąć w całość i że to niemal cud, że się udało.
Czego mi brakowało? Food trucków czy lokalnych producentów żywości. Tylko w jednym miejscu była okazja spróbować serów od pana Pazdrowskiego. W sobotę przerwaliśmy na moment podążanie szlakiem piwnic i poszliśmy na kolację, gdzie spotkaliśmy właściciela winnicy Cantina. On też wpadł coś zjeść.
Brakowało mi na mapie z winnicami miejsca na notatki. Po 2-3 winnicach nie pamiętałam, co i gdzie piłam oraz jakie były moje wrażenia. Robiłam zdjęcia butelek, ale to nie to.
Zwykle piję czerwone wytrawne wino, ale w upalny weekend (temperatura przekraczała 30 stopni), czerwone nie smakowało tak, jak zwykle. Kupiliśmy tylko 1 butelkę. Odkryłam wina pét-nat, czyli naturalnie musujące. Kupiliśmy 2 butelki, jedna od Winnogóra, drugą od Cantiny. Wieczorem będzie degustacja. Zauważyłam, że czasem jednak wolę wina półwytrawne.
Zachwyciło mnie wiele win, szczególnie 2, z których jedno kupiłam, a drugie pozostawiam jako pomysł na prezent dla mnie. Pierwsze to „pednolino”, czyli Resling znad pradoliny od Starej Winnej Góry, a drugie to Żelazna Dama z Winnicy Żelazny. Może nie trafiałam w życiu na dobre różowe wina, stąd moja teoria, że ciężko jest zrobić dobre różowe wino. Pani z winnicy nie zgodziła się ze mną, wg niej trudniej jest zrobić dobre białe wino. A Żelazna Dama? Domyślam się skąd słowa ”żelazna” w nazwie, które wg mnie nie pasuje tu w ogóle, za to słowo „dama” jest idealne. Dla mnie to wino jest bogate w smaku, ma wiele odcieni, zaskakuje, nie daje się od razu zaszufladkować. Pięknie pasuje tu francuskie słowo „doux” – delikatny, słodki, łagodny. Żelazna Dama jest jednak dość zdecydowana w smaku, wie, do czego dąży, a swoich zalet nie odkrywa od razu..
O moich uwagach rozmawiałam z Mariuszem z Lubuskie Love, który stwierdził, że to wszystko, o czym mówię, pojawi się w jesiennej edycji imprezy. Czy muszę dodawać, że nie mogę się doczekać?
Wyobraźcie sobie, że chcecie wziąć ślub. Z obcokrajowcem. W Polsce. Na co dzień rozmawiacie po klingońsku albo porozumiewacie się mieszaniną angielskiego, polskiego, klingońskiego i języka migowego. No ale ślub to sytuacja formalna, dokładnie opisana w przepisach.
Artykuł 32 ustęp 2 ustawy Prawo o aktach stanu cywilnego mówi, że „Udział biegłego lub tłumacza przy składaniu oświadczeń przewidzianych w ustawie lub w procedurze związanej z zawarciem związku małżeńskiego zapewniają osoby składające te oświadczenia lub osoby zamierzające zawrzeć małżeństwo, jeżeli nie potrafią porozumieć się z kierownikiem urzędu stanu cywilnego. Osoby zamierzające zawrzeć małżeństwo zapewniają udział biegłego lub tłumacza także wtedy, gdy świadkowie nie potrafią porozumieć się z kierownikiem urzędu stanu cywilnego”. Oznacza to, że mimo iż doskonale się z przyszłym małżonkiem nom omen dogadujecie, tłumacz i tak ma być, bo kierownik USC też musi się dogadać.
Dalsza część przepisów mówi, że jeśli tłumacz nie jest tłumaczem przysięgłym, składa oświadczenie o tym, że będzie sumiennie tłumaczył i że jest świadom odpowiedzialności karnej.
Przed wizytą w urzędzie wpisaliście w wyszukiwarkę hasła „tłumacz przysięgły klingoński” , zadzwoniliście pod kilka pierwszych numerów, które wam wyskoczyły i umówiliście się z jedną osobą, że danego dnia stawi się z wami w urzędzie. Przychodzicie, tłumacz również i tu wkracza kierownik USC – musi się upewnić, czy tłumacz rzeczywiście jest tłumaczem przysięgłym. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Nie ma na to jednej odpowiedzi, nie jest to określone w przepisach i każdy radzi sobie, jak może czy też jak mu się wydaje za słuszne.
Urzędnicy najczęściej pytają tłumacza o pieczęć, bo wg sporej części z nich posiadanie pieczęci równa się posiadaniu uprawnień tłumacza przysięgłego. Niby tak, ale na pieczęci jest napisane jedynie (jak u mnie): KATARZYNA FLIGIER – TŁUMACZ PRZYSIĘGŁY JĘZYKA FRANCUSKIEGO – TP/3176/05. I tyle. Żadnych danych więcej. A sama znam co najmniej 3 Katarzyny Fligier, z czego jedna jest ze mną spokrewniona. Teoretycznie, mogłaby sobie „pożyczyć” moją pieczęć i nikt by się niczego nie domyślił. Poza tym, po wejściu w życie Ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego (styczeń 2005 roku), zostały zmienione pieczęci tłumacza i należało stare odesłać. Niestety, przez kilka lat jeszcze wiele osób nie dopełniło tego obowiązku, więc tłumaczenia poświadczone przez nie w tym czasie są wadliwe.
Innym sposobem jest okazanie przez tłumacza zaświadczenia o wpisie na listę tłumaczy. Ale na zaświadczeniu też widnieją wyłącznie te same dane, co na pieczęci. No i gdyby brać zawsze ze sobą owo zaświadczenie, wydane na zwykłym papierze, po roku – dwóch byłaby z niego szmatka. Kiedyś zrobiłam sobie poświadczoną notarialnie kopię, ale dwukrotnie zdarzyło mi się, że została mi zabrana i dołączona do akt na potwierdzenie, że tłumacz biorący udział w czynności był tłumaczem przysięgłym. Wadą tego rozwiązania jest też to, że tłumacze czasem tracą uprawnienia, a zaświadczeń nie odsyła się do Ministerstwa Sprawiedliwości, więc w zasadzie w nieskończoność można by się nim posługiwać.
Ostatni sposobem, przez wielu uznawanym za najlepszy, choć też nie pozbawionym wad, jest sprawdzenie na liście tłumaczy przysięgłych dostępnej na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, czy wybrany przez nas tłumacz klingońskiego tam figuruje. Lista zawiera nieco więcej danych niż pieczęć i zaświadczenie, a mianowicie:
język lub języki, w zakresie których tłumacz przysięgły posiada uprawnienia do wykonywania zawodu;
informację o uzyskanych stopniach naukowych, tytule naukowym, stopniach w zakresie sztuki oraz tytule w zakresie sztuki.
Dane te można porównać z danymi zawartymi w dowodzie osobistym, ale nowe dowody nie zawierają adresu. No i nie wszyscy tłumacze pracują w domu, więc adres nie zawsze oznacza ich adres zamieszkania. W przypadku zmiany danych, tłumacz jest zobowiązany poinformować MS w ciągu 30 dni. I znów – niektórzy tego nie robią, ale jeśli utraciliby uprawnienia, minister sam usunąłby ich z listy.
Ciężko jest przekonać urzędnika żądającego pieczęci, że istnieją inne sposoby upewnienia się, że dana osoba posiada uprawnienia tłumacza przysięgłego, ale czasem się to udaje. Jeden z notariuszy zrobił wydruk ze ww. strony, ale jej adres dołączył do treści aktu notarialnego. W ten sposób jednoznacznie wskazał, że starannie sprawdził, czy dana osoba może tłumaczyć.
Niestety, tłumaczy języka klingońskiego na liście tłumaczy nie znajdziemy, więc trzeba będzie ten problem rozwiązać inaczej, ale o tym innym razem.
Gdy zaczynałam tworzyć moją stronę, zamierzałam opisywać moją pracę tłumaczki i nauczycielki. Ale pora na rozdzielenie tych 2 aktywności. Zakładka „Nauka języków obcych” będzie tu jeszcze tak długo, zanim nie powstanie całkiem nowa strona. A do tego momentu zapraszam Was na mój nowy profil na Facebooku – Fligier uczy francuskiego.
Zastanawiałam się dziś, czym zajęłam się najpierw – nauczaniem czy tłumaczeniem. Z pewnością było to w podobnym czasie, jeszcze na studiach. Obie działalności polubiłam, z czasem pokochałam. Obie się uzupełniają. Jedna daje mi satysfakcję finansową i rozwój, druga – kontakt z ludźmi, nawet jeśli tylko on line, i niesamowitą dawkę pozytywnej energii. Jedna jest stresująca, druga – czasochłonna.
Nauczam już prawie 30 lat, a wciąż się zastanawiam, jak to robić. Jak prowadzić ucznia, aby skrócić jego drogę przez mękę odmian czasowników i meandry wymowy. Jakie narzędzia dać do ręki, by nie wpaść na językową minę. Jakie przykłady wybrać, by okazały się przydatne. Jakie ćwiczenia, by nie znudziły się za szybko. Wiele rzeczy tworzę sama. Czasem dziwię się, skąd miałam taki pomysł. A czasem zasłucham się w pracach moich uczniów:
Od początku mojej nauczycielskiej drogi nauczam w liceum oraz prywatnie. Mój najmłodszy uczeń ma 13 lat, najstarszy miał 61. Zdecydowanie wolę uczyć dorosłych, nawet dorosłych potrójnie. Dorośli są świadomi, że samo nic nie przyjdzie. Są zajęci, nie zawsze mają czas na zadania domowe, ale za to na lekcji zadają mnóstwo pytań, nie wahają się próbować, popełniać błędy.
Zwykle uczę debiutantów, ale też przygotowałam z sukcesem wiele osób do matury rozszerzonej czy certyfikatów. Moi uczniowie odnosili sukcesy na olimpiadzie, wyjeżdżali na studia do Francji, podejmowali studia na filologii romańskiej w Polsce, podejmowali pracę z tym językiem. Uczyłam języka prawniczego oraz ekonomicznego.
Nauka każdego języka to wyzwanie. Mówi się, że potrzeba 500-700 godzin, żeby osiągnąć tzw. próg przeżycia, czyli móc porozumieć się w typowych życiowych sytuacjach. Dwa razy zdarzyło mi się, że moi uczniowie zaczęli tworzyć wypowiedzi po ok. 50-60 godzinach! Ale. Nie wiem, ile czasu poświęcali na naukę własną. W każdym razie nieprawda jest, że język francuski jest jakoś szczególnie trudny.
Uczenie się języka to fascynująca przygoda, czasem forma terapii. Miałam panią, która nigdy nie wyszła poza poziom początkujący, ale przychodziła, o mówiła, że to jest jedyny czas, gdy bezkarnie wyłącza telefon i nie musi zmagać się z problemami. Któregoś dnia okazało się, jak dużo ich miała.
Nie będzie ani krzty przesady, jeśli powiem, że jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu to te, gdy po kilkunastu latach dostaję wiadomości jak te:
„Pani Kasiu! Nie wiem czy mnie pani pamięta ale uczyła mnie pani francuskiego jeszcze w starej Piątce na Chopina. W tej malej klasie na parterze pomalowanej jak uliczka w Paryżu. Skończyłam filologie angielska, byłam stewardessą a potem zostałam nauczycielka. Ostatnio przygotowywałam lekcje i tak sobie myślałam jakie lekcje ja najbardziej lubiłam i pamiętam. Jaka nauczycielka chce być. I wtedy przypomniałam sobie nasze lekcje francuskiego. Jakie one były ciekawe! Pamiętam jak razem śpiewaliśmy Garou, jak gotowaliśmy i ja z Hania robiliśmy na lekcji mousse au chocolat! A potem wszyscy siedzieliśmy przy stole i jedliśmy. To są moje najlepsze wspomnienia ze szkoły. Pani pasja zarażała każdego. Chciałam żeby Pani wiedziała jakie nam pani zapewniła fantastyczne wspomnienia!”
Parę dni temu pisałam o tym, że miałam okazję tłumaczyć JE Ambasadora Królestwa Maroka w Polsce. Dziś kilka słów o tym, czego nie widać czyli o przygotowaniach do tłumaczenia ustnego.
W zasadzie przygotowuję się do prawie każdego tłumaczenia ustnego. Przed tłumaczeniem w sądzie proszę od wgląd do akt sprawy, aby zapoznać się z sytuacją, sprawdzić, czy nie ma w niej jakiegoś specjalistycznego słownictwa. Przed uczestniczeniem w akcie notarialnym pytam, czego będzie dotyczył akt. Jeśli sprzedaży mieszkania czy udzielenia pełnomocnictwa – idę z marszu, ale jeśli chodzi o założenie spółki czy zakup ziemi od KOWR-u – zawsze proszę o przesłanie projektu aktu, by przejrzeć go przed tłumaczeniem.
Jak przygotować się do tłumaczenia ambasadora? Ja zaczęłam od sprawdzenia, w jakiej sytuacji będzie to tłumaczenie. Miała to być kolacja oraz spotkanie w firmie. Po tej informacji przejrzałam garderobę. Potem rzuciłam okiem na ogólne wytyczne dotyczące protokołu dyplomatycznego. Do ambasadora nie zwracamy po prostu przez „pan”, tylko „ekscelencjo”. Następnie odbyła się rozmowa z przedstawicielami firmy, na zaproszenie której przyjeżdżał ten szczególny gość. Otrzymałam garść wskazówek, informacji, odpowiedziałam na zapytania klienta. A potem przedstawiono mi szczegółowy plan wizyty. Cały czas robiłam notatki zwierające słówka potrzebne przy tym tłumaczeniu. Następnie otrzymałam mailem 2 umowy dotyczące zachowania poufności. Bywa, że nie można przekazać, że pan A spotkał się z panem B, bo w świecie biznesu czy polityki może to być bardzo ważna informacja. Tutaj aż tak tajnie nie było.
Z jednego ze szkoleń wyniosłam radę, by zawsze zapisywać sobie nazwiska osób uczestniczących w spotkaniach. Ułatwia to tłumaczenie początkowej fazy spotkania, w której ma miejsce przedstawienie uczestniczących stron.
Przeglądałam notatki ze słówkami i robiłam słowniczek. Część słówek znałam, niektóre były totalną nowością. W niektórych przypadkach (np. montaż powierzchniowy) trzeba było doczytać nieco więcej, bo same słówka nie wystarczały. I tak okazało się, że to, co dotąd nazywałam lampą, wcale lampą nie jest! Potem wystarczyło tylko się tego nauczyć…
Na tłumaczenia ustne zawsze zabieram ze sobą notesik, w którym mam nieco słówek (na które najczęściej i tak nie ma czasu spojrzeć), ale który przede wszystkim służy mi do notowania tego, co mam przetłumaczyć. Zapisuję wszystkie liczby, nazwiska, nazwy itp.
Czasem robię sobie próbę – czytam stronę internetową klienta i tłumaczę na głos to, co czytam. Albo włączam „gadane” radio i tłumaczę to, co słyszę.
Potem sprawdzenie, ile czasu zajmie mi dojazd i gdzie będzie można zaparkować auto, fryzura, makijaż, spakowanie torebki i w zasadzie można już zacząć tłumaczyć.
Zwykle podsumowanie minionego roku robię w… styczniu, gdy zamykam grudzień i wypełniam deklarację podatkową. Tym razem zrobię to ciut wcześniej.
Ogólnie mówiąc, dla mnie to był dobry rok. Tak to odczuwam, nawet jeśli liczby mówią coś innego.
W 2020 roku w moje ręce trafiło 190 dokumentów, co przełożyło się na 411 stron tłumaczenia uwierzytelnionego. Było 253 dni roboczych, co oznacza, że każdego dnia tłumaczyłam nieco ponad 1,6 strony. Do tego należy doliczyć tzw. tłumaczenia zwykłe, czyli takie, na których nie przystawiam pieczęci tłumacza przysięgłego.
Co do tłumaczeń ustnych to łącznie w sądzie, na policji czy w więzieniu spędziłam 23 godziny. Do tego należy doliczyć kilkanaście godzin u notariuszy czy przez telefon. Nie odbyłam żadnego spotkania w firmie moich klientów czy w firmach klientów moich klientów. Nie tłumaczyłam żadnej konferencji.
Czy to dużo? I tak i nie.
Nie, bo w 2019 roku miałam w ręku 353 dokumenty, co dało 1136 stron tłumaczenia.
Przyczyna jest oczywista – pandemia, która zamknęła zakłady, anulowała konferencje i spotkania, wstrzymała inwestycje. Moi klienci dbali przede wszystkim o zachowanie swojej działalności.
A jednak napisałam, że to był dobry rok. Tak, bo mimo wszystko właściwie każdego dnia miałam pracę. Miałam w miarę stabilny dochód, co pozwoliło mi w miarę normalnie funkcjonować. Praca tłumacza to praca w samotności, więc tzw. home office nie był dla mnie żadną nowością czy zaskoczeniem. Nie musiałam się organizować czy przystosowywać.
Ten rok zmusił mnie do zrobienia paru kroków naprzód, by lepiej stawiać czoła nowym wyzwaniom. I tak, po latach pracy z Wordfastem, jednym z prostszych programów wspomagających tłumaczenia, przesiadłam się do tłumackiego mercedesa, czyli Tradosa. Tak, chwilami Trados tłumaczy za mnie, ale tylko wtedy, gdy wcześniej nakarmię go ładnie przetłumaczonymi zdaniami ?
Przełom 2019 i 2020 roku to nauka podstaw WordPressa i próba samodzielnego tworzenia własnej strony internetowej. Wszystko to, co tu widzicie i czytacie, to moje dzieło. Zbudowałam to sama, od zupełnych podstaw. Obiecałam sobie minimum 1 wpis w miesiącu i przez cały rok udało mi się to utrzymać. Do tego prowadzę mój fan page na Facebooku, gdzie zamieszczam krótsze wpisy, czasem zabawne drobiazgi czy ważne informacje.
Ważną część mojej pracy stanowią lekcje języka francuskiego. Jeszcze w lutym spierałam się z przyjaciółką, która namawiała mnie do spróbowania pracy przez Skype, że „jeszcze mam na chleb” i absolutnie nie będę pracować na odległość, bo wolę pracę twarzą w twarz. Nie minął miesiąc i żaden bezpośredni kontakt nie był możliwy. Nie było wyjścia, trzeba było się „ogarnąć”. A potem rozdzwonił się telefon. W tej chwili pracuję z uczniami nie tylko w Zielonej Góry, ale z Bielska-Białej, z Warszawy, ale także z Niemiec, Szwajcarii, a przez moment też miałam ucznia w Szwecji. Nagle moja mieszcząca się na przedmieściach pracownia stała się dostępna dla każdego, nie tylko dla posiadaczy samochodów.
Kupiłam zestaw słuchawkowy i nagrałam dwa pierwsze ćwiczenia dla moich uczniów. Ponoć mam ciekawy głos.
A dosłownie 2 dni temu rozszerzyłam działalność o rzecz, którą dotąd traktowałam jako hobby, ale przyszło zapytanie, a po nim zlecenie, więc czemu nie?
Co mnie czeka w nowym roku? O tym napiszę już w styczniu.
W dobie pandemii i nauczania zdalnego, jednym z najczęściej pojawiających się pytań jest: jak testować? W licznych grupach dla nauczycieli to pytanie wciąż powraca, a odpowiedź jest jedna: nie da się sprawdzić wiedzy w taki sposób, aby być pewnym, że praca jest wykonana przez ucznia samodzielnie. Ja też stanęłam przed tym dylematem, jeszcze wiosną. A że zawsze miałam kreatywne pomysły…
Z różnych stron słyszę różne propozycje. Portale do testowania. Kamerka na kartkę. Dwie kamerki – na kartkę i na ucznia / studenta. Kilkanaście sekund na odpowiedź, potem pytanie / zadanie znika. Mówiąc szczerze, wszystko to przypomina mi pewien mało istotny egzamin w moim życiu, gdzie w sali było 3 zdających i 2 pilnujących. Najgorszy egzamin w życiu, nawet pomimo pozytywnego wyniku.
Parę tygodni temu zasiadłam do układania sprawdzianu dla jednej z moich grup i poczułam, że to wszystko napawa mnie odrazą. Nie chcę się bawić w detektywa i śledzić, czy ktoś nie oszukuje. Nie chcę się bawić w grafologa i sprawdzać, czy ktoś pisał sam czy ktoś mu napisał. Czy układał zdania samodzielnie, czy może skopiował. Wtedy wpadłam na pomysł. Potem opisałam go w jednej z grup dla nauczycieli. Polubiło go ok. 100 osób, a inny portal opisał w artykule jako przykład pozytywnego podejścia. Na czym to polegało? Oto fragment artykułu, który w całości znajdziecie tu: „Nauczycielka francuskiego, Katarzyna Fligier, opowiada o swoim pomyśle. Do każdego zagadnienia, nad którym pracowali w ostatnim dziale, napisała 1-2 najbardziej typowe, krótkie zdania, po czym poprosiła, aby każdy uczeń nagrał filmik lub plik dźwiękowy, na którym mówi te zdania w języku francuskim, a także to, co udało mu się zapamiętać, czyli słówka i ciekawostki. Wyznaczonym czasem była lekcja przeznaczona na sprawdzian. Żadna odpowiedź się nie powtórzyła, nawet jeśli uczniowie sobie pomagali, to ostatecznie musieli wystąpić indywidualnie.” Dodam, że pozwoliłam uczniom pracować z podręcznikiem, ale prosiłam, żeby nie kontaktowali się ze sobą. Stwierdziłam, że nawet jak ktoś sprawdzi znaczenie jakiegoś ze zwrotów to wypowiedzenie go na głos stwarza szansę, że uczeń zapamięta ten zwrot czy zdanie. Czyli, że finalnie wie i umie.
A co o tym sądzą uczniowie? Zapytałam ich o zdanie.
Forma była niecodzienna, ale sama się zdziwiłam, jak dobrze mi poszło, bo nie wiedziałam że tak dużo z lekcji pamiętam
Osobiście dla mnie forma jak i sam sprawdzian był bardzo w porządku. Dzięki niemu na pewno w głowie zostanie mi wymowa niektórych słówek jak i ich znaczenie
fajnie jest czasem popracować w inny sposób. Idea zachowana, więc… Działać działa, stresować, nie stresuje (prawie). Czego chcieć więcej?
Zadanie nie było trudne, ale ja na przykład musiałam się nagimnastykować, bo za punkt honoru postawiłam sobie, że nie będę używała podręcznika. Tak że wszystko wyciągałam z dna pamięci. Ale wydaje mi się, że wszystkie zwroty były bardzo praktyczne, a sam pomysł na sprawdzian – bardzo kreatywny
Mi podobała się taka forma sprawdzianu. W zaskakująco wielu przypadkach nie miałam potrzeby szukania w podręczniku, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Po tej formie sprawdzianu na pewno więcej mi też zostało w głowie przez przeczytanie na głos
Przez cały czas, kiedy uczniowie pracowali nad zadaniami, ja byłam obecna on line, aby wspomóc w razie problemów technicznych. I przyznam, że czekając na rezultat ich prac, zaczynałam się… nudzić. A gdy nauczyciel się nudzi to… wyobraża sobie na przykład, że jest Celine Dion ?